Mój blog jest jednym wielkim bałaganem.
Posty ze zdjęciami mieszają się z postami o moim prywatnym życiu.
A ja zawsze lubiłam utrzymywać we wszystkim co tylko się da porządek. A dzisiaj będzie prywatnie.
Ci którzy mnie znają, wiedzą jaką jestem wrażliwą osobą. To nie jest dar. To przekleństwo. I przez to moje przekleństwo, czasami kiedy jestem na praktykach w szpitalu, bądź kiedy z nich wracam - po prostu się rozsypuję. Jestem też osobą, która bardzo często się nad sobą (niestety) użala, jak to jest źle, jak nic się nie udaje, jak wielki mam problem, bo przecież w lutym gra mój ulubiony zespół a ja nie mogę na niego jechać, automat nalał mi kawy bez mleka, zdjęcia które wywołałam okazują się być prześwietlone, w dodatku nie mam na nic czasu, a jeszcze trzeba wyjść załatwić pierdylion ważnych dla życia spraw, jak kupienie bułek na kolacje.
Gubimy się. Pochłania nas rutyna, codzienne życie, zamartwiamy się błahostkami, toniemy w tym wszystkim i nie widać dna. Zapominamy co jest ważne, skupiamy się na rzeczach materialnych, bo przecież koleżanka ma nowe conversy, więc Ty powinnaś mieć jeszcze nowsze, ale masz już chyba wszystkie możliwe modele, więc nie wiesz które wybrać. Dodałaś zdjęcie na instagrama z nową torbą Louis Vuitton, ale ma tylko 57 serduszek, więc chyba powinnaś je skasować, bo nikomu się nie podoba. Ciągle puszczasz w swoim iPhonie High Hopes, aby przywrócić stare czasy, kiedy jeszcze byłeś dla kogoś ważny, ale zachowywałeś się jak gówniarz, który nie potrafił tego docenić i wszystko zaprzepaścił. I na koniec tego dochodzisz do wniosku, że Twoje życie jest do bani.
***
Było to jakieś dwa tygodnie temu. Kolejny męczący dzień praktyk, wstajesz o 5.00 rano, żeby na 7.30 być na miejscu. Szybka kawa, zbierasz się, biegniesz na tramwaj, szatnia i potem na oddział - internistyczny, dużo ciężkich przypadków, naprawdę ciężkich.
Pan S. - miły pacjent w podeszłym wieku, choć jeszcze miesiąc temu wykonywał wszystkie swoje codzienne czynności sam, tak teraz, sam zupełnie nic nie potrafił zrobić. Nie postawiono jeszcze wtedy diagnozy. Leżał już jakiś czas, miał ogromne szczęście, co nie każdego spotyka sądząc po moich obserwacjach - każdego wczesnego południa odwiedzali go najbliżsi. Siedzieli tak z nim kilka godzin, po prostu będąc, bo nie można było zbyt dobrze porozumiewać się z Panem S. Często rozmawialiśmy z nimi, żartowaliśmy, pocieszaliśmy ich, pomagaliśmy w wykonywaniu różnych czynności. Tak przez kilka dni.
Weszłam do sali, córka Pana S. siedziała kompletnie załamana, ze łzami w oczach i sama zaczęła od razu rozmowę. Nawet nie zdążyłam się odezwać. I nie wiedziałam jak się odezwać. Bo co powiedzieć kobiecie, której ojciec umiera na złośliwego raka płuc? Kiedy pyta Cię co masz odpowiedzieć swojemu ojcu, który ciągle wypytuje o diagnozę lekarzy? Będzie dobrze?
***
Z Jasią bardzo się zżyłyśmy. Miła starsza pani, która skarżyła się czasami na duszności. Nikt jej nie odwiedzał, a była bardzo ciepłą osobą, więc postanowiłyśmy do niej częściej zaglądać. Była kochana! Opowiadałyśmy sobie historie, ona wspominała czasy kiedy zamiast siwych kosmyków na głowie, miała burzę czarnych loków, których zazdrościły jej koleżanki. Jasia nie potrzebowała zbyt dużo opieki, to były tylko duszności.
Wróciłyśmy po weekendzie do szpitala. Wchodzimy do sali Jasi. Leży w łóżku, przestała się uśmiechać, jej oczy są przeszklone, kompletnie opadła z sił. Całkiem inna osoba niż ta, którą jeszcze opuszczałyśmy w piątek. Jako że bardzo polubiłam Jasię, byłam bardzo zaniepokojona jej stanem zdrowia.
Jednak potem wszystko zdawało się wrócić do normy. Znów starała się z nami rozmawiać, wymuszałyśmy na niej żeby chociaż trochę się uśmiechała.
W piątek nie chciała jeść. Zwykłe wąsy do podaży tlenu zostały zastąpione pełną maską, tlen z 3 litrów podskoczył do 15. Bała się.
We wtorek dowiedziałam się o jej śmierci.
***
Pan M. Miał jakieś 40 lat życia za sobą. Nie więcej jego żona. I torbiel w mózgu. Praktycznie całkowita niezdolność do poruszania się. Będąc często pacjentką w szpitalu, nie mogłam znieść tam kilku godzin. A co jeśli mamy leżeć w szpitalu 13 miesięcy?
Jako że do naszych obowiązków należy m.in. pomoc w karmieniu pacjentów, którzy sami tego nie mogą zrobić, pomagałyśmy zjeść śniadanie Panu M. Pan M. miał także problemy z mową, odpowiadał tylko "tak", "nie" - pojedyncze słowa. Karmiąc pacjenta, zaczęłyśmy rozmawiać o wspaniałej randce koleżanki na dachu najwyższego wieżowca w kraju, z widokiem na morze. Po chwili zauważyłam łzy. Pan M. zaczął płakać. Zapytałam dlaczego płacze: "smutno". Jakby ktoś mnie walnął w twarz. I dobrze, bo należało mi się.
Po południu przyszła do Pana M. żona. Zawsze przychodziła. Była każdego dnia przez te 13 miesięcy. Znała chorobę swojego męża z najdrobniejszymi szczegółami, a kiedy rozmawiała z lekarzem, wydawało mi się, że wie na ten temat więcej niż on.
Przyszłyśmy sprawdzić czy wszystko w porządku, zapytać czy w czymś nie pomóc. Nawiązała się rozmowa, że jutro wychodzą do domu, przy czym trzymała dłoń Pana M. Mimo utrudnionego poruszania rękami, Pan M. ściskał dłoń swojej żony, zapewne tak mocno jak tylko potrafił. Patrzyli na siebie, ona się uśmiechała, on nie mógł tego zrobić. Ale patrzył na nią. Wyszłam razem z koleżanką. Byłoby niezręcznie gdybyśmy rozpłakały się im na sali.
***
To tylko 3 historie. Jest ich oczywiście więcej. Mam praktyki rok z kawałkiem, a dostałam już tyle lekcji, tyle plasków twarz, że boję się trochę co będzie dalej. Ale co mogę powiedzieć, to tyle, że te studia uczą mnie co jest naprawdę w życiu ważne.
Chciałam powiedzieć córce Pana S., że będzie dobrze. Chciałam jej powiedzieć, że nie musi się martwić. Nie mogłam.
Chciałam żeby Jasia przestała się bać, rozmawiałam z nią, wymuszałam na niej uśmiech. Ale ona wiedziała. W momencie kiedy dowiedziałam się że odeszła, siedziałam dobre kilka minut jakby cały świat się na chwilę zatrzymał. Może pomyślicie, że przesadzam, że to tylko pacjentka, a na swojej drodze spotkam jeszcze wiele takich osób - z pewnością. Ale dla mnie to nie są tylko pacjenci. Mają swoją historię. Swoje życie, które często dało im nieźle po dupie.
I chce kochać tak, jak kocha się to małżeństwo.
***
Nie umiem opowiadać historii, nie potrafię zbyt dobrze opisywać swoich emocji, co nie jest dobre, bo często jest ich za dużo, są czasami zbyt ciężkie.
Po co to napisałam?
Żebyście doceniali.
Żebyście kochali.
Żebyście żyli.
I pamiętali o tym, że w życiu są rzeczy ważniejsze niż to, czy chodzisz w markowych ubraniach, czy masz już najnowszy model iPhona, czy Twoje paznokcie pasują kolorem do bluzki, albo że jesteś tylko w goldzie, a kumpel jest w diamencie. Żyjcie.
PS Tak, pisząc to miałam na myśli też kilka konkretnych osób.
***
Twój post mnie dobił. Właśnie dlatego nienawidzę szpitali... Magda, chyba wybrałaś sobie jeden z najtrudniejszych zawodów na świecie.
OdpowiedzUsuńWiesz... jednak do tej pory więcej jest przypadków kiedy widzisz jak ludzie zdrowieją, wychodzą czasem z naprawdę poważnych chorób. Ale jest coś takiego, że czuję się potrzebna tym ludziom. Fakt, po niektórych praktykach jestem chodzącą depresją przez mój charakter, co nie jest przydatne w tym zawodzie, ale mimo wszystko chce tam być, chce to robić. Ha! Na trzecim roku onkologia. (y)
Usuń